wtorek, 10 lutego 2015

Cz. 9 To, że jestem bogaty, nic nie zmienia!

Rozdział 9 "Naiwny egoista"

Pochłonęła mnie ciemność. Nie czułem bólu. Byłem jednak zupełnie wyczerpany. Po czym? Tego nie pamiętałem. Leżałem na czymś miękkim i było mi ciepło. Próbowałem sobie przypomnieć cokolwiek. Nie byłem w stanie. Odpuściłem i odpłynąłem.

Otworzyłem oczy i gwałtownie usiadłem. Ktoś łagodnie acz stanowczo położył mnie na łóżku. Posłusznie opadłem na poduszkę. Oddychałem głośno. Tym "kimś" okazał się lekarz w nieskazitelnie białym fartuchu. Znajdowałem się w sali z białymi ścianami i jednym oknem. Nie miałem wątpliwości. To było znienawidzone przeze mnie miejsce - szpital.
          - Spokojnie. - powiedział, patrząc zmartwionym wzrokiem, jak szybko i nierówno oddycham. - Jesteś w szpitalu. - oświecił mnie, geniusz. - Byłeś nieprzytomny przez 5 dni. Jak się czujesz? - zapytał. 
          - Pięć dni...? - powiedziałem niepewnie. Uderzyła mnie fala wspomnień. Przypomniałem sobie Darka, Lilę i ten potworny ból. - Chyba dobrze. - odpowiedziałem na pytanie zadane przez lekarza.
          - Miałeś złamanie otwarte kości łokciowej i promieniowej. Niezbędna będzie rehabilitacja... -powiedział, grzebiąc w papierkach.- Jednak operacja przebiegła bez zbędnych komplikacji. - kontynuował. Ehh, czeka mnie rehabilitacja... Nie wytrzymam. Czemu to zawsze ja mam największego pecha...?
          - Chłopcze! - zawołał. - Czy ty mnie w ogóle słuchasz? - szczerze? nie. 
          - Przepraszam, zamyśliłem się. Mógłby pan powtórzyć? - zapytałem najgrzeczniejszym tonem na jaki było mnie stać. 
          - Masz gości. Przyszli rodzice i jakaś dziewczyna. Masz teraz siłę? - zapytał lustrując mnie wzrokiem. Pokiwałem głową. Czułem się lepiej, nie chciałem martwić rodziców. 
          - Zaraz ich wpuszczę. - powiedział lekarz.
          - Dobrze. - odpowiedziałem cicho. Spuściłem wzrok, zajmując się moimi dłońmi. Szczerze powiedziawszy, to bałem się ich reakcji. Czy wiedzą o co poszło? Czy Darek się przyznał? Czarne myśli krążyły mi po głowie. Co ja mam im powiedzieć...?
          - Kamil! - usłyszałem głos mamy. Podbiegła do mnie i przytuliła. Nie zareagowałem. Nadal trwałem w bezruchu i intensywnie wpatrywałem się w moje dłonie. - Nie wiesz jak ja się martwiłam! Co ty wyrabiasz? Co ty sobie wyobrażasz wdając się w bójkę?! - zawołała.
          - A zauważyłaś, żeby mój 'przeciwnik' miał jakieś obrażenia? - zacząłem pustym, nic nie wyrażającym głosem. - Choćby najmniejszego siniaka? Nie...? No to widzisz. Wygląda na to, że wasza 'bójka' zamienia się w pobicie. - powiedziałem głosem wypranym z emocji. Ojciec patrzył się na mnie zdziwiony, a matka zamarła. 
          - Cieszę się, że nic ci nie jest. Tylko ta rehabilitacja mnie niepokoi. - powiedziała bardziej do ojca niż do mnie. Po dłuższej chwili, rodzice pożegnali się ze mną i wyszli. Do sali weszła kolejna osoba. Byłem rozdrażniony po rozmowie z rodzicami. Opadłem na poduszki i zamknąłem oczy. Usłyszałem kroki.
          - Ty głupku! - zawołała Lila. Ze zdziwienia gwałtownie usiadłem na łóżku. Zakręciło mi się w głowie. Nie mogłem jeszcze wykonywać tak szybkich ruchów.- Jak mogłeś?! Czemu to zrobiłeś?! Czy ty nie masz mózgu?! - wykrzykiwała dalej, kompletnie nie zwracając uwagi na mój stan. Patrzyłem się na nią szeroko otwartymi oczami. Krzyczała do mnie tak, jakbym popełnił co najmniej najgorsze przestępstwo. Ale jej zachowanie w ogóle nie pasowało do jej zapłakanej twarzy. Gdybym nie był w szpitalu, najpewniej zaczęłaby mnie okładać pięściami. A ja tego całego 'okładania pięściami' miałem serdecznie dość do końca życia. Wzdrygnąłem się mimowolnie. Nie miałem pojęcia o co jej chodzi. Wykorzystałem moment, gdy brała wdech.
          - O co się tak wściekasz? - zapytałem bez namysłu.
          - Masz czelność się mnie o to pytać? - zawołała z nową mocą. No nie. Wkurzyłem ją jeszcze bardziej. Przestała się na mnie drzeć. Stała z twarzą ukrytą w dłoniach, drżąc. Rozpłakała się na dobre. Nie wiedziałem co robić. Cicho wygrzebałem się z pościeli i wstałem. Zignorowałem pulsujący ból w skroniach i niepewnym krokiem podszedłem do niej.
          - Lila? - powiedziałem cicho i łagodnie, jak do dzikiego zwierzątka. Stałem kilka kroków od niej. Chciałem zobaczyć jej twarz. Chciałem wiedzieć, czemu jest na mnie wściekła. Chciałem to wszystko wiedzieć... W jednej chwili zamarłem. Jak mogłem być tak głupi? Przecież jej na pewno chodzi o Darka! Czemu wcześniej mi to do głowy nie przyszło, nie wiem. Byłem naiwnym egoistą. 
          - Nie uderzyłem twojego Darka ani razu. - powiedziałem sucho, wpatrując się w nią z nieskrywanym żalem i zawodem. Czemu? Może oczekiwałem czegoś więcej? Uśmiechnąłem się pogardliwie. Nie miałem pojęcia jak bardzo się wtedy myliłem.




~Do zobaczenia w następnym rozdziale ;)
















czwartek, 29 stycznia 2015

Cz. 8 To, że jestem bogaty, nic nie zmienia!

STO LAT! <333 Kochamy Panią!!!!!
                                     ~ Maja i Paula

Rozdział 8 "Przestań, to naprawdę boli"

          
          Patrzyłem się w szary sufit. Ręka pulsowała bólem, mimo leków. Nie mogłem sobie wybaczyć, że źle potraktowałem Lilkę, chociaż ona chciała mi tylko pomóc. Westchnąłem i w tym momencie do pokoju wszedł Daro.  
          - Tylko zakochani wzdychają. - powiedział żartem, mierząc mnie wzrokiem. - Co jest? - zapytał po chwili. Powoli usiadłem na skraju łóżka. Podziwiałem czystość podłóg, wpatrując się bez wyrazu w moje, niegdyś białe, skarpety. 
          - Nic. Naprawdę. - uśmiechnąłem się sztucznie. Od razu mnie przejrzał.
          - Nie przejmuj się. Nie mów nikomu, ale ja też... -  zarumienił się lekko. Umilkł, a ja po chwili nie wytrzymałem.
          - Ale co ty też? - podniosłem głowę, wpatrując się w jego twarz. Powoli domyślałem się o co mu chodzi. 
          - No... przecież wiesz! - powiedział już cały czerwony. - Kocham Lilkę. - powiedział, przybierając stanowczy ton głosu. Zamarłem i poczułem przygnębiającą pustkę. Przestraszyłem się. Nie umiałem opanować lęku, który mnie ogarnął. Przecież do tej pory wystarczało mi, że Lila jest szczęśliwa... 
          - A ty? - zerknął na mnie. Szybko odwróciłem wzrok. Prawda uderzyła mnie, budząc z pewnego rodzaju transu. Byłem zazdrosny. Nieziemsko zazdrosny.
          - Ja... - głos uwiązł mi w gardle. Zrobiło mi się potwornie gorąco. Czułem, że moja twarz wręcz emanuje ciepłem, a policzki płoną. Westchnąłem ponownie i patrząc mu w oczy ciężkim spojrzeniem, powiedziałem - Kocham Lilę. Tak jak ty. Chcę, żeby była szczęśliwa. Proszę tylko o jedno - nie skrzywdź jej. - zakończyłem mój wywód prośbą prosto z serca. Usłyszałem dyszenie. Szybko podniosłem wzrok na przyjaciela. Jego postawa nie wróżyła nic dobrego. Szeroko rozstawione nogi, dłonie zaciśnięte w pięści. I jeszcze ten wzrok... Jego oczy miały wyraz wściekłości i cierpienia. Oddychał szybko i nierówno.
          - Czy ty... - słyszałem wyraźnie każde jego słowo, choć mówił szeptem. - ...sugerujesz, że skrzywdziłbym osobę, którą kocham?! 
          - Ja nie... - zacząłem powoli, wstając. Nie dane mi było dokończyć tego zdania.
          - Słyszałem! Powiedziałeś tak! - krzyknął zdesperowanym głosem. Zrobił kilka kroków w moją stronę, a ja zacząłem się cofać. Nie traciłem z nim kontaktu wzrokowego, bojąc się, że coś mi zrobi. Nagle jego oczy zapłonęły gniewem wymieszanym z odrobiną rozpaczy i bólu. Podbiegł i rzucił się na mnie, jak dzikie zwierzę. Poczułem jego pięść wbijającą się między moje żebra. Odrzuciło mnie do tyłu i uderzyłem plecami o szafę, która zachybotała się pod moim ciężarem. Osunąłem się na ziemię. Nie miałem zamiaru kontratakować - to był mój przyjaciel.  Zacisnął pięść i drugi cios zadał w twarz. Krztusiłem się własną krwią i nie mogłem złapać tchu. Myślałem tylko o jednym - żeby ktoś wreszcie wszedł do tego pokoju. Popatrzyłem na niego błagalnym wzrokiem. W ogóle go nie poznawałem. W jego spojrzeniu nie było ani krzty litości czy współczucia. Następne uderzenie zablokowałem nadgarstkiem lewej ręki. Krzyknąłem. Zapomniałem o bandażu i opuchnięciu. Przez załzawione oczy zdołałem  tylko zobaczyć zakrwawiony rękaw bluzy. Jęknąłem i odwróciłem wzrok. Takiego bólu nie czułem nigdy. Daro stał nade mną nieruchomo. Był przerażony. Cofnął się o krok. Zamknąłem oczy i jęknąłem znowu. Usłyszałem trzask zamykanych drzwi. To mój 'przyjaciel' wybiegł z pokoju. A czas płynął dalej...

Nie ruszałem się. Ból mnie oślepiał, nie byłem w stanie nic zrobić. Wyplułem na podłogę krew. Czułem jej zapach i smak. Straciłem czucie w lewym ramieniu. Wiedziałem tylko, że bluza w tamtym miejscu jest cała mokra od czerwonej cieczy wydobywającej się z mojej rany. Czułem spływające po policzku łzy. Pozwoliłem im płynąć.

Dopiero po jakimś czasie usłyszałem ciche pukanie.
          - Kamil...? - usłyszałem znajomy głos, lecz nie miałem siły jej odpowiedzieć. - Uważaj, wchodzę. - powiedziała Lilka. Otworzyła drzwi i zobaczyła mnie.
          - O mój Boże, Kamil! - krzyknęła tak głośno, że chyba cały ośrodek ją usłyszał. Podbiegła do mnie. Popatrzyła na moją twarz umazaną krwią i moją rękę.
Wzięła z apteczki leżącej na moim łóżku nożyczki do cięcia bandaży. Pewnymi rękami zaczęła ciąć rękaw bluzy. Delikatnie odsłaniała przedramię. Jęknąłem cicho. 
         - Musisz wytrzymać. - powiedziała krzepiącym tonem. Odsłoniła przedramię i zamarła. Nie chciałem tam patrzeć. Wstała i odwróciła się. Wyszła zamykając drzwi. Nie wiedziałem co się stało. Postanowiłem sprawdzić co z moją ręką. Zerknąłem i szybko odwróciłem wzrok, żeby nie zwymiotować. Zobaczyłem kości. Kości bardzo nie na swoim miejscu, a dokładniej, wystające z mojej ręki. To stąd wylewały się strumienie krwi. Usłyszałem szybkie kroki na korytarzu. Już nic mnie nie odchodziło. Usłyszałem otwieranie drzwi, do pokoju weszły dwie osoby. Wyplułem kolejną porcję krwi. 
          - Nie wiem co się stało ale jak tak dalej pójdzie to się wykrwawi. - mówiła Lila.
          - Dzwoń po karetkę. Szybko. - usłyszałem zdesperowany głos i pikanie komórki. Wychowawczyni podeszła do mnie. - Kamil? Słyszysz mnie? Kamil! 

Nie pamiętam nic więcej z tamtego dnia. 




Hejka! 

Cześć, to znowu ja, nie będę dziś zanudzać. Chcę tylko złożyć życzenia Kochanej Pani Agnieszce. Tak więc, zdrowia szczęścia i żeby na lekcjach polskiego było jeszcze więcej śmiechu niż jest teraz!!!!!!!!!!!!!!! <3


                                                    Maja

niedziela, 4 stycznia 2015

Cz. 7 To, że jestem bogaty, nic nie zmienia!

Cz. 7 "Nie tak to sobie wyobrażałem."

Czas w autokarze minął szybko, w wesołej atmosferze. Trochę bolało jak siedziałem, po tej całej akcji z walizką. Nadal nie jestem pewny, dlaczego to się stało. Czy byłem aż tak zamyślony i odpłynąłem? Nie zdarzało mi się tak reagować na niebo. Nie myślałem za dużo na ten temat. Pewnie dlatego, że totalnie mi się nie chciało. Gdy dojechaliśmy na miejsce i wysiedliśmy z dusznego autokaru, nareszcie odetchnąłem czystym powietrzem. Kierowca bezlitośnie wyrzucał nasze bagaże z pojazdu. Każdy szybko zabierał swój i pośpiesznie się oddalał, aby uniknąć przygniecenia cennej walizki lub torby czy zderzenia się z uskrzydlonymi, ciężkimi przedmiotami. Zrobiłem to co inni. Złapałem swoją walizkę i popatrzyłem na kierowcę. Rzucił jakąś torbą prosto w stojącą obok mnie tyłem Klaudię. 
          - Klaudia, uważaj! - krzyknąłem i wyciągnąłem rękę. Odbiłem lecący bagaż, pół metra od twarzy dziewczyny. Klaudia stała bez ruchu. Szepnęła tylko.
          - Dzięki. - uśmiechnąłem się. To nie był całkiem szczery uśmiech. Ręka, którą odbiłem latającą torbę, bolała. Bardzo. Wokół był taki szum i harmider, że nikt nic nie zauważył. Gdy każdy zdobył swoje rzeczy, pani zebrała nas w grupkę i czytała listę pokoi. Trafił mi się pokój numer 4, na parterze. Olo otworzył drzwi i znaleźliśmy się w przestrzennym pokoju. Nie powiem, że był ładny. W związku z tym, że chłopaki mieli wynosić torby dziewczyn na wyższe piętra, wróciłem się na podjazd. 
          - Lila! Lena! Klaudia! - zawołała pani Kowal. - Dostałyście pokój numer 17, na trzecim piętrze. To jest poddasze, więc będziecie same. - dała Lilce kluczyk. Poszedłem do grupki dziewczyn. 
          - Pomóc wam? - zapytałem. Lila uśmiechnęła się i wręczyła mi pas od swojej torby. Popatrzyłem na Klaudię i Lenę.
          - Jeśli możesz... - powiedziała Lena, zerkając na Klaudię, która kiwnęła głową. Torbę Lilki zarzuciłem przez głowę na krzyż z bagażem Leny. Przedramię pulsowało bólem, a ja starałem się to ignorować. Klaudia miała plecak górski, więc tradycyjnie założyłem go na plecy. Odetchnąłem głęboko.
          - Na trzecie piętro marsz! - zawołała Lila ruszając w stronę budynku. Dziewczyny otworzyły mi drzwi. Wszedłem do środka. Coraz bardziej byłem świadomy tego, że nie pociągnę tak dłużej z tym bólem. Na drugim piętrze przyśpieszyłem, a dziewczyny trochę się zdziwiły. Chciałem jak najszybciej sprawdzić jak to wygląda. Wiele razy miałem gips i usztywnienia gipsowe. Wiem jak boli stłuczenie i złamanie. To był inny ból. Doszliśmy do pokoju. Wszedłem tam i zostawiłem torby pod ścianą. Z lewą ręką obchodziłem się bardzo ostrożnie. Chyba zbyt ostrożnie.
          - Co ci się stało w rękę? - zapytała Lila. Drgnąłem. 
          - Nic. - odpowiedziałem krótko. 
          - Przecież widzę. Nie ukryjesz nic przede mną.- zakończyła.
          - Czy to wtedy co mnie obroniłeś? - zapytała Klaudia. Popatrzyłem na nią. 
          - Tak. - powiedziałem krótko. Odwróciłem wzrok. 
          - Pokaż. Moja mama jest ortopedą, więc trochę się znam. - rozkazała Lilka.
          - Nie wiem jak to wygląda. Najprawdopodobniej nie powinnyście tego oglądać. Boli bardziej niż złamanie. - powiedziałem ponuro. Zerknąłem na Lilkę. Patrzyła na mnie z taką stanowczością, że zacząłem zdejmować kurtkę. Odwinąłem rękaw do łokcia. Sino-fioletowe opuchnięcie, na pół przedramienia. 
          - Głupku! I ty wyniosłeś nasze torby?! - zawołała. - To złamanie, jak nic! 
          - Nieważne. Przynajmniej wam pomogłem. - zasłoniłem rękę. Wiedziałem, że to niebezpieczne, ale nie chciałem żeby ktoś wiedział. 
          - Nie mówcie nikomu. - powiedziałem ostro i wyszedłem z pokoju. Zbiegłem na parter i wparowałem do siebie. Chłopaki byli pewnie na obchodzie. Walizkę położyłem w nogach łóżka. Wyjąłem apteczkę i zdjąłem bluzę. Posmarowałem opuchnięcie żelem na stłuczenia. Niesamowicie dobrany lek. No, nieważne. Zawinąłem rękę bandażem. Ubrałem bluzę i sprawdziłem czy nie widać białego materiału. Zażyłem leki przeciwbólowe. Padłem na łóżko. Zupełnie nie tak to sobie wyobrażałem.






Hejo! 
Jak wam się podoba??? Tym razem dedykacja dla wiecznie nieodbierającej telefonu Pauli i śpiewającej Kini "Ikiki", wiecznie uśmiechniętej Ali i gitarzystce Pauli. Dziewczyny dzięki, że czekałyście, kocham Was najbardziej na świecie! <3 :* ;P

Nie martwcie się, Kamilek jeszcze trochę pocierpi ;) przez jakieś dwie następne części ;P Mam nadzieję, że wytrwacie do końca! Pa Pa! 

wtorek, 30 grudnia 2014

Cz. 6 To, że jestem bogaty, nic nie zmienia!

Cz. 6 "No, to jedziemy!"

Nie mogłem się doczekać wyjazdu. Przez tydzień gadaliśmy z Lilką, Darkiem i Olkiem tylko o tym. Nasza czwórka tworzyła zgrany zespół. Wieczorem, tuż przed wycieczką, zacząłem się pakować. Nie mogłem niczego zapomnieć.

Rano wstałem o 5.30, żeby zdążyć. O siódmej mieliśmy wyjechać, a drogę "dom-szkoła" pokonywałem w godzinę. Do zbiórki pozostało niecałe 5 minut, a oprócz mnie nikogo nie było. Niepokoiłem się coraz bardziej. Wyjąłem komórkę i zadzwoniłem do Darka. 
            - Halo? Kamil? - usłyszałem głos przyjaciela.
            - Cześć, Darek. O której jest ta zbiórka? - zapytałem, bo przyszło mi na myśl, że pomyliłem godziny. 
            - Jaka zbiórkaaaahh...? - zdziwił się ziewając. Miał zaspany głos, chyba go obudziłem.
            - Jeju, Daro, Pobudka! - zawołałem do telefonu. - Dzisiaj jedziemy na wycieczkę! Pamiętasz?
            - Jaką wyciecz... Aha, no tak! - zapadła chwila ciszy. Po chwili usłyszałem głośny szum i łupnięcie. Wyglądało na to, że zerwał się z łóżka.
            - Zbiórka jest o 8.30 pod szkołą! Jestem spóźniony!? - krzyknął. Westchnąłem. Czyli jednak pomyliłem godziny... Ale ze mnie kretyn.
            - Spokojnie. Jest 7.15, niestety. - powiedziałem poirytowany własną głupotą.
            - Co tam się dzieje u ciebie? - zapytał uspokojony. Darek miał niesamowity szósty zmysł i zawsze wiedział o wszystkim co się we mnie gotowało. Tylko jedno uczucie udało mi się zachować dla siebie - to najważniejsze na calutkim świecie. 
            - Jestem wkurzony przez własną głupotę. Stoję pod szkołą od 20 minut, i jeszcze chwilę temu byłem święcie przekonany, że zbiórka jest punkt siódma. No nic... - powiedziałem akcentując każde słowo.
            - Pffff... Człowieku, rozwalasz mnie na drobne kawałeczki. Będę za 20 minut, poczekasz tyle? - powiedział trochę zrezygnowany. Wyczułem to.
            - Nie musisz. Poczekam sam, to moja wina. - w głębi duszy naprawdę chciałem, żeby przyjechał. 
            - Daj spokój. Co będziesz robił sam tyle czasu? Jak już mnie obudziłeś, to i tak nie zasnę, więc przyjdę. - odpowiedział. 
            - Dzięki! - zawołałem z nową energią w głosie. Darek zaśmiał się. 
            - Naprawdę łatwo jest cię przejrzeć. Do zobaczenia! - powiedział i rozłączył się. Usiadłem na walizce, bo zaczynały boleć mnie nogi. Zerknąłem na błękit nade mną, odchylając głowę do tyłu. Uśmiechnąłem się, bo bezchmurne niebo przypominało mi kolor oczu pewnej dziewczyny... 
            - Hej! Kamil! - usłyszałem nawet jej piękny głos. Zamknąłem oczy. Wyluzowałem się. 

Coś małego wbiło mi się w ramię. Przerażony odskoczyłem na prawo, a tam - pustka. Przecież siedziałem na walizce. Syknąłem, bo boleśnie wylądowałem na plecach. Szczęściem było, że ochroniłem rękami głowę. Z walącym sercem w połowie zawału, niemiłosiernie bolącymi plecami i piekącymi oczami otworzyłem oczy, żeby sprawdzić kto wyrządził mi taką krzywdę. Natychmiast wybaczyłem tej osobie. Lilka klęknęła obok mnie. 
            - Lila..? - zacząłem, ale nie dane mi było skończyć.
            - Przepraszam! Nie wiedziałam, że tak zareagujesz! - powiedziała szybko. Chwyciła mnie za rękę i  popatrzyła w oczy. - Przepraszam... - szepnęła.
            - Nic się nie stało. - odpowiedziałem zdziwiony własną reakcją. - Zamyśliłem się. Długo tu jesteś? - zapytałem zerkając na godzinę. Była dopiero 7.30, za dziesięć minut miał przyjść Daro. 
            - Jakieś 5 minut. - odpowiedziała z uśmiechem. - Patrzyłeś w to niebo takim rozmarzonym wzrokiem... nie chciałam ci przeszkadzać... - powiedziała zmieszana. Odwróciłem wzrok. Policzki mi płonęły."Bo myślałem o tobie" nie powiedziałem tego na głos. Zamiast tego...
            - Nic się nie stało. - wypowiedziałem te słowa drugi raz. Ciszej. Nagle zdałem sobie sprawę z czegoś innego. - Momencik. Czemu ja nadal leżę na chodniku? - puściłem jej rękę i spróbowałem wstać. Po kilku dziwnych pozach, udało mi się to. Syknąłem, gdy spróbowałem się wyprostować. Zachwiałem się. Lila mnie złapała. Po chwili stanąłem prosto i wesoło gadałem z Lilką. Ona też pomyliła godziny. Daro dołączył do nas po chwili. Staliśmy i śmialiśmy się. Równo o 8.30 pani Kowal zaczęła wpuszczać nas do autokarów. Wszyscy byli obecni. Siedziałem (tak dla małej zmiany) z Lilą. Szybkie sprawdzenie obecności i autokar ruszył. Nikt nie spodziewał się tego, co stanie się na wycieczce.



Hejka, 
Mam nadzieję, że nie przynudzam! Tym razem śpieszyłam się, żeby skończyć ten rozdział dla Klaudii, mojej przyjaciółki <3 Dzięki, że jesteś! ;3

poniedziałek, 22 grudnia 2014

Cz. 5 To, że jestem bogaty, nic nie zmienia!

Cz. 5 "Wycieczka szkolna? Nie chcę jechać!"

 Pod koniec września, wychowawczyni zakończyła lekcję niespodzianką. Jedziemy w październiku na wycieczkę klasową. Wszyscy się ucieszyli. No, prawie. Tylko ja nie byłem szczęśliwy... Nigdy nie lubiłem wyjazdów, szczególnie szkolnych. Zerknąłem na prawo. Ujrzałem promienny uśmiech Lilki. Pani też była zadowolona z ogólnej reakcji klasy. Zadzwonił dzwonek. Na przerwie, dziewczyny dzieliły się na trzyosobowe grupki, ponieważ tylko takie pokoje będą w ośrodku. Lila zniknęła w tłumie koleżanek. Usiadłem na ławce, opierając się o ścianę. Przymknąłem oczy. Po głowie chodziła mi tylko jedna myśl.

                          "Do kogo dopasują mnie w tym roku?"

            - Kamil? Hej... Kamil? - "Co to za głos w mojej głowie? Moment... skądś go znam... " - KAMIL! - ostatni krzyk wyrwał mnie z transu. 
            - C-co..? - zapytałem, lekko oszołomiony.
            - Mamy do ciebie pytanie. Nie chciałbyś może, być z nami w pokoju na wyjeździe? - po chwili dotarło do mnie co się dzieje. Olaf, powszechnie znany jako Olo, usiadł obok mnie. Darek kucnął naprzeciwko. 
            - Słuchamy pana. - Darek puścił do mnie oko. Miał niski, przyjemny dla ucha głos. Nie był, ani gruby, ani chudy. Lekko kręcone, blond włosy, delikatnie przysłaniały orzechowe, błyszczące entuzjazmem oczy. Olo był brązowowłosym, wysokim, bardzo chudym chłopakiem, o piwnych oczach. Obydwaj wyglądali dość dziwacznie w mundurkach.
            - Nie macie nic przeciwko? - zapytałem dla pewności zerkając, to na jednego, to na drugiego. Uśmiechnęli się w tym samym czasie.
            - Pomyśl przez chwilkę. - powiedział Olo
            - Pytalibyśmy się ciebie o to, jakbyśmy tego nie chcieli? - zapytał Darek.
            - Raczej nie. - skończył Olo. Teraz to ja się uśmiechnąłem. Miałem wielką szansę zdobyć przyjaciół. Nie miałem zamiaru zmarnować tej szansy.
            - To co? - powiedział po chwili Darek.
            - Skoro nie macie nic przeciwko, to chętnie. - powiedziałem szczerząc zęby. Wstałem. Byłem naprawdę szczęśliwy. Jak nigdy dotąd. Pierwszy raz cieszyłem się na wyjazd klasowy.

wtorek, 9 grudnia 2014

Cz. 4 To, że jestem bogaty, nic nie zmienia!

Cz. 4 "Chcę cię bliżej poznać - nic o tobie nie wiem!"

           Następnego dnia wyszedłem z domu o siódmej. Spokojnie zdążyłem na metro. Gdy wszedłem do szkoły i przebrałem buty, ruszyłem w stronę klasy. Miałem jeszcze trzydzieści minut do lekcji. Usiadłem na ziemi przy drzwiach do sali, założyłem słuchawki, wyjąłem szkicownik i kończyłem dawno temu zaczęty szkic samotnego drzewa. Poczekam na nią. Może przyjdzie wcześniej do szkoły? Gdy skończyłem rysunek, przymknąłem oczy i oparłem głowę o zimną ścianę. Nawet nie zauważyłem, gdy pojawiła się nade mną chuda niska postać. Wyjęła mi słuchawkę z ucha i szepnęła.
            - Czego słuchasz? - drgnąłem, gdy usłyszałem znany mi, dziewczęcy, prześliczny głos. Odwróciłem głowę w stronę skąd dochodził. Uderzyłem się o coś i aż syknąłem z bólu. Odsunąłem się trochę i otworzyłem oczy. Obok mnie klęczała Lila, mrużąc oczy i trzymając się za głowę. 
           - L-lila? - powiedziałem cicho, trochę przestraszony. Dziewczyna spojrzała na mnie. Rozszerzyłem oczy ze zdumienia i przerażenia. Po jej policzkach spływały łzy. - P-przepraszam cię! - miałem problem z mówieniem - strasznie się jąkałem, tylko nie wiem czy to dlatego, że przyćmiewał mnie ból, czy może z powodu sytuacji, w której się znalazłem. 
           - Przepraszam, że się tak rozkleiłam. Nic się nie stało... - powiedziała to tak smutnym i cierpiącym głosem, że nie brzmiało to przekonująco. 
           - Płacz nie jest zły. Przepraszam cię, to moja wina. - delikatnym ruchem ręki starłem spływające łzy. - Każdy czasem cierpi. - wczoraj ja cierpiałem przez moje uczucia do niej, a ona dziś przeze mnie, bo z mojej winy, zderzyliśmy się głowami. Nie mówię, że mnie to nie bolało, ale... Rozległ się dzwonek na przerwę, a z klas obok wylewały się tłumy uczniów. Uśmiechnąłem się do Lilki. Wstałem i wyciągnąłem do niej rękę. Chwyciła ją, a ja pomogłem jej wstać. Weszliśmy do klasy, zająłem swoje stałe miejsce. Lila podeszła do mnie z plecakiem. 
           - Siedzisz sam? - zapytała patrząc na ławkę.
           - Tak. - przyznałem się bez bicia.
           - Mogę siedzieć z tobą? - jej policzki były czerwone - od płaczu na korytarzu? Czy może...? Nie to niemożliwe! Zarumieniłem się.
           - Jasne. - powiedziałem zachęcającym tonem. Poczułem, że robi mi się gorąco. 

           Do domu wracałem na skrzydłach. Wszystkie lekcje i przerwy spędziłem obok Lilki. Gadaliśmy, śmialiśmy się, żartowaliśmy. Dowiedziałem się, że lubi rysować, a od siedmiu lat uczy się śpiewać. Interesuje się muzyką, gra na pianinie. Ma królika i młodszego brata. Zawsze chciała pojechać na Fiordy. Opowiadała o tym z takim zapałem i wypiekami na twarzy, widziałem radość wspomnień, coś czego najbardziej mi brakowało.
           - A ty? - zapytała, gdy skończyła - Czym się interesujesz? Masz zwierzę albo rodzeństwo?
           - Podstawówkę spędziłem tylko i wyłącznie na naukę, głównie angielskiego. Gimnazjum też, lecz znalazłem trochę czasu na granie na gitarze. Nie miałem przyjaciół, ani znajomych. Nikt nie mówił mi "cześć" lub "pa". Byłem zbędnym dodatkiem, kujonem skupionym tylko na nauce. To nie wychodziło ode mnie, tylko od klasy. Mój ojciec prowadzi krajową firmę, a mama jest chirurgiem, więc mamy dużo pieniędzy. Jednak ja mam inne zdanie. To, że jestem bogaty, nic nie zmienia! Prawda, jestem synem z bogatej rodziny, rozpieszczonym dzieckiem, mającym wszystko. Jednak to nadal ja... - zakończyłem smutnym tonem. Schowałem twarz w dłoniach. Gdy wreszcie miałem kogoś komu mogłem się wygadać, przesadziłem z desperackim tonem... 
           - Przepraszam, że wyciągnęłam to z ciebie. - powiedziała Lila ciepłym tonem.
           - Lila... Nie przeszkadza ci to? - zapytałem ze zrezygnowaniem. 
           - Nie. Niby dlaczego? - spojrzała na mnie przyjaznym, ciepłym wzrokiem. 

"Właśnie dlatego ją kocham." pomyślałem, uśmiechając się do niej. Jej ciepłe spojrzenie roztapia nie tylko lód duszy człowieka, ale również samo serce. 





Hej ;D,
Dzięki, że dotrwaliście do końca czwartej części! Mam nadzieję, że Wam się podoba! Wszystkie krytyki mile widziane! :) Ten blog jest dla Was więc nie bójcie się komentować! Do zobaczenia w następnej części! 
                                                   Maja

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Cz. 3 To, że jestem bogaty, nic nie zmienia!

Część 3 "Czuję dziwny niepokój, co to oznacza?"


           Nie chcecie wiedzieć jak bardzo moja mama była wkurzona, gdy przyszedłem do domu o półtorej godziny spóźniony. Wytłumaczyłem się z tego, z rumieńcami na twarzy. Rodzicielka utkwiła we mnie podejrzliwe spojrzenie o mocy bliskiej promieniowi Roentgena.
           - Kamil... - zaczęła powoli - Co ci jest? Czy ty przypadkiem nie jesteś zak...? - uciszyłem ją gestem i nie dałem dokończyć tego niesamowicie trafnego pytania. Zaczerwieniłem się jeszcze bardziej. Moją mamę zamurowało, gdy z moich oczu popłynęły szczere łzy. W tej właśnie chwili, zdałem sobie sprawę z tego co czuję do nowo poznanej dziewczyny. Nie radziłem sobie z tym uczuciem. Przecież nawet jej nie znam! Ani trochę! Nie patrząc matce w oczy poszedłem do łazienki.Przebrałem się w szare dresy i białą bluzkę bez rękawów. Na to czarna, rozpinana, bluza. Popatrzyłem w swoje odbicie w lustrze. Rumieńce nie opuszczały mojej twarzy. "Jak ja wyglądam... " pomyślałem nie mogąc odgonić czarnych myśli. Czerwone policzki, mokre od łez. Delikatnie zapuchnięte od płaczu oczy. Usłyszałem ciche pukanie.
           - Kamilku... pamiętaj, że mi możesz wszystko powiedzieć. Jak będziesz gotowy... - podszedłem do drzwi i przekręciłem zamek. Mama uchyliła drzwi i zobaczyła moją twarz i to w jakim jestem stanie, (w sumie nie zdziwiłbym się, gdyby wtedy zadzwoniła do grabarza i zamówiła dla mnie trumnę oraz miejsce na cmentarzu). Przytuliła mnie mocno. Objąłem ją i całkowicie się rozkleiłem. To było do mnie zupełnie niepodobne. 
           - Szczere łzy są oznaką tego, że nasze serce nie wyschło. Dobrze o tym wiesz. Pamiętaj, możesz zwrócić się do mnie z każdym problemem! - mówiła gładząc mnie po głowie. Kiwnąłem głową, nie mogąc wydusić słowa. Po długiej chwili wypuściła mnie ze swoich objęć. Uśmiechnąłem się smutno, przez płynące dowody na to, że moje serce jeszcze nie wyschło. Spuściłem oczy i skierowałem się w stronę swojego pokoju. Zamknąłem za sobą drzwi. Padłem na łóżko. Patrzyłem niewidzącym wzrokiem na biały sufit. W pewnej chwili usłyszałem dzwonek mojego telefonu. Odebrałem nie patrząc nawet na wyświetlacz, kto dzwoni. 
           - Tak, słucham? - powiedziałem głosem sugerującym "mam dość życia, chcę umrzeć" lub "tak, płakałem przed chwilą i nie mam ochoty na gadanie z kimkolwiek". Zamarłem słysząc znajomy głos. 
           - Hej. Wszystko w porządku? - zapytała z troską Lila - Kamil...?
           - O, hej. - powiedziałem trochę spokojniej, lecz słychać było, że nic nie jest dobrze.
           - Mam zadzwonić później? - zapytała niepewnie.
           - Nie, jest w porządku. - w moim głosie nadal brakowało stanowczości, którą tak bardzo pragnąłem w nim usłyszeć.
           - No więc po pierwsze chcę ci podziękować z pomoc. Nie wiem co bym bez ciebie zrobiła. - powiedziała akcentując szczególnie ostatnie zdanie. Może miała nadzieję, że podniesie mnie tym na duchu? Jeśli tak, to podziałało. Serce zabiło mi dwa razy szybciej, poczułem jak płoną mi policzki. - Po drugie, pamiętaj, możesz mi zaufać. Wiem, znamy się ledwo dzień, ale wydaje mi się, że masz jakiś problem albo coś, z czym sobie nie radzisz... Zawsze możemy porozmawiać, jeśli tylko będziesz chciał. - po tym zapadła kilkusekundowa cisza. Łzy znowu zaczęły wbrew mojej woli płynąć po moich policzkach.
           - Dziękuję. - wyszeptałem, łamiącym się głosem, do telefonu.
           - Czekaj... Czy ty płaczesz? - zapytała zdezorientowana. 
           - Ze szczęścia, że mam kogoś takiego jak ty. - powiedziałem i uśmiechnąłem się do białego sufitu.

Cz. 2 To, że jestem bogaty, nic nie zmienia!

Część 2  "Ognistowłosa"

            Stałem przy szkolnych drzwiach, spokojnie patrząc w ścianę deszczu. Myślałem o nowej klasie. Spodobała mi się dziewczyna z wściekle rudymi włosami i dużymi, błękitnymi oczami. Musiałem przyznać się samemu przed sobą, że polubiłem ją, chociaż jeszcze z nią nie rozmawiałem. Z reguły jestem cierpliwym człowiekiem, lecz po połowie godziny stania jak słup i bezmyślnego gapienia się w szybę, puściły mi nerwy. Przymknąłem oczy. Odwróciłem się i zrobiłem krok do przodu. Coś, a raczej ktoś, leciał w moją stronę. Nie mogłem się pomylić. Złapałem tego "ktosia" tuż nad ziemią. Pomogłem jej wstać. Nowej koleżance z klasy. Ognistowłosa dziewczyna popatrzyła się na mnie przestraszonymi oczami.
            - Przepraszam! - powiedziała, odskakując na bok. Wykrzywiła się, gdy spróbowała stanąć na prawej nodze. Znowu się zachwiała. Chwyciłem ją za ramiona, pomagając utrzymać równowagę. 
            - W porządku? - zapytałem z troską. 
            - Nie... Chyba skręciłam kostkę... - znowu zauważyłem ból na jej twarzy. 
            - Chodź do pielęgniarki. Może jeszcze jest w szkole. - powiedziałem głosem nieznoszącym sprzeciwu. - Mogę? - zapytałem widząc wykrzywioną twarz. Kiwnęła tylko głową. Najdelikatniej jak potrafiłem, wziąłem ją na ręce. Chwyciła mnie za szyję. 
            - Na pewno dasz radę? - wyszeptała w moje ramię, patrząc z ukosa w moje oczy. Uśmiechnąłem się ciepło w odpowiedzi.
            - Jasne.- doszedłem do schodów. Musiałem uważać, żeby się nie przewrócić. Zabiłbym nie tylko siebie, ale i piękną dziewczynę. Stanąłem przed drzwiami pielęgniarki, lekko zziajany. 
            - Mogłabyś zapukać? - powiedziałem ze śmiechem. 
            - Tak. - roześmiała się. Jaki miała śliczny głos! Czemu wcześniej tego nie zauważyłem...? Dziewczyna wyciągnęła rękę i zapukała. Usłyszeliśmy krzątaninę, drzwi otworzyły się, a w nich stanęła starsza kobieta w białym płaszczu. 
            - Słucham. - powiedziała, a gdy spojrzała na mnie i dziewczynę. wytrzeszczyła oczy ze zdziwienia. Roześmialiśmy się w tym samym momencie. Mina pielegniarki doprowadziła nas do łez. 
            - Chcecie coś na uspokojenie? - zapytała poważnie. Padłem na kolana, nadal trzymając dziewczynę w objęciach. Wybuchnęliśmy dwa razy głośniej. Kobieta stała nie bardzo wiedząc co zrobić. Gdy się wreszcie uspokoiliśmy, opowiedziałem pielęgniarce co się stało. Ta pokiwała głową, jakby pomijając sytuację z lekami uspokajającymi. Kobieta sprawnie zawinęła małą stópkę bandażem. Dziewczyna zadzwoniła po rodziców, którzy po chwili znaleźli się pod szkołą. Zniosłem ją ze schodów i wyszedłem ze szkoły. Jedynym śladem po deszczu była mokra okolica. Błękitne niebo rozjaśniało i upiększało marny widok miasta.
            - Jak się nazywasz? - zapytałem, zdając sobie sprawę, że nie wiem o niej najważniejszego.
            - Liliana. Możesz mówić mi Lila. - rozpromieniła się - A ty?
            - Jestem Kamil. - odpowiedziałem. Wymieniliśmy się numerami telefonu. Gdy zerknąłem na godzinę, poczułem pustkę.
            - Oż, cholera jasna! Jestem spóźniony! - zawołałem - Przepraszam cię, muszę lecieć. - przytuliłem ją na pożegnanie. - Do jutra! - zdążyłem zauważyć tylko płonące policzki. Pobiegłem na stację. Zdążyłem. Ledwo.

piątek, 5 grudnia 2014

Cz. 1 To, że jestem bogaty, nic nie zmienia!

Opowieść pisana dla P. Agnieszki ;3
Część 1 "Nowy początek"

          Od zawsze miałem wszystko. Byłem rozpieszczonym dzieckiem z bogatej rodziny. Odtrącano mnie ze względu na pochodzenie. Moimi jedynymi przyjaciółmi od podstawówki, aż po koniec gimnazjum, były książki. Uwielbiam czytać. Zaczynając liceum chowałem w sobie nadzieję - a może wszystko się zmieni...?
           Trzy lata gimnazjum w całości poświęciłem nauce i muzyce. Uczyłem się grać na gitarze elektrycznej.Chcąc odsunąć od siebie wciąż powracające wspomnienia, wybrałem liceum na drugim końcu miasta. Zamknąłem drzwi przeszłości na trzy spusty. Przekroczyłem próg wrót do nowego życia. Ludzie są powierzchowni - często oceniają innych po wyglądzie. Popatrzyłem na swoje odbicie w lustrze. Muszę przyznać, że w nowym mundurku prezentowałem się całkiem nieźle. Czarne, porozrzucane, średniej długości kosmyki, współgrały z niemal identycznym kolorem oczu i mundurka - granatowym. Wyszedłem z domu i skierowałem się na stację metra. Postanowiłem przestrzegać wszystkich zasad statutu szkolnego.
           Wysiadłem na przystanku i skierowałem się w stronę szkoły. Trafiłem tam bez problemu. Doszedłem do sali gimnastycznej, gdzie już zbierali się uczniowie. Usiadłem na jednej z pustych ławek, mniej więcej na środku sali. Uroczystość rozpoczęcia roku szkolnego w liceum numer 7 zakończyła się po czterdziestu pięciu minutach. Klasy drugie i trzecie rozeszły się ze swoimi nauczycielami. Dyrektor przedstawiał wychowawców pierwszych. 
     - Klasa "D"! - zawołał. Wstałem. Kolej na mnie. Niejaka pani Kowal, ustawiła nas w pary. Ruszyliśmy w stronę klatki schodowej. Wychowawczyni otworzyła drzwi do nowej klasy. 
Usiadłem w czwartej ławce, tuż pod oknem. Oparłem się łokciem o zimny parapet. Nogi swobodnie wyprostowałem. Zamyślony, popatrzyłem przez szybę. Zaczęło kropić. Później lunęło jak z cebra.